Na początku września br. w Warszawie odbyło się wyjątkowe spotkanie polskich pilotek i kobiet związanych z lotnictwem. Była to kolejna edycja Aerosabatu im. Ireny Kostki – cyklicznego wydarzenia, które każdego roku organizowane jest w innym miejscu w Polsce.
Historia tych spotkań sięga 1966 roku. To właśnie wtedy po raz pierwszy pojawiło się hasło „Sabatu Czarownic”, które z czasem dało początek tradycji spotkań kolejnych pokoleń polskich lotniczek.
Aerosabat to zazwyczaj dwa dni wypełnione spotkaniami, rozmowami i – przede wszystkim – wspólnym lataniem. Znaczenie tego wydarzenia wykracza jednak daleko poza sam program. To przestrzeń, w której spotykają się kolejne pokolenia kobiet związanych z polskim lotnictwem – pilotki samolotowe i szybowcowe, pilotki balonowe, spadochroniarki czy przedstawicielki personelu pokładowego. Kobiety w różnym wieku, z różnym doświadczeniem połączone pasją.
Niemal wszystkie przez lata łączyły życie rodzinne i zawodowe z pasją do latania czy skoków spadochronowych. Niejednokrotnie później zarażały tą pasją swoje córki i synów. Czasami lotnictwo połączyło całe rodziny, a dzieci kontynuują dziś drogę rozpoczętą przez rodziców kilkadziesiąt lat temu.
Wejście w ten niezwykły świat pozwala spojrzeć na polskie lotniczki z zupełnie innej perspektywy. Za każdą z nich kryją się lata doświadczeń, odwaga, determinacja i sukcesy, ale również codzienna konsekwencja potrzebna do tego, żeby mimo pracy, rodziny i zwykłych życiowych obowiązków nie rezygnować z własnej pasji.
Sabat z sześćdziesięcioletnią historią
W 1966 roku w Lubiniu odbyły się pierwsze Zawody Szybowcowe Kobiet, zorganizowane przez Aeroklub Jeleniogórski dając podwaliny cyklicznym spotkaniom polskich pilotek jako lotniczych czarownic. Dwa lata później, podczas III zawodów w Lisich Kątach, narodził się zwyczaj sabatowego ogniska. Jak głosi historia tych spotkań, od V zawodów uczestniczki startujące po raz pierwszy przyjmowane były przez Główną Czarownicę – Pelagię Majewską – do grona Czarownic. Musiały przy tym złożyć specjalną przysięgę. Tradycja ta przetrwała i jest kultywowana do dziś, a kandydatek na czarownice nie brakuje.
W historii spotkań wystąpiła jednak długa przerwa. Powielu latach, dopiero w 1996 roku Irena Kostka wraz z synem zainicjowała kolejny Zlot Czarownic w Gdańsku, przywracając kobietom związanym z lotnictwem ich wspólną przestrzeń – miejsce, w którym mogą spotykać się bez względu na wiek, doświadczenie czy lotniczą specjalność. Z czasem wydarzenie przyjęło nazwę Aerosabatu im. Ireny Kostki. Oprócz wspólnego latania i zabawy, jednym z jego najważniejszych momentów pozostaje tradycyjne sabatowe ognisko.
Ale Aerosabat to przede wszystkim kobiety. Ich piękno naprawdę niełatwo opisać. I chyba nieprzypadkowo od tylu lat nazywane są Czarownicami. Czarują energią, odwagą i poczuciem humoru, ale najbardziej swoimi historiami. Nie można przekazać słowami tego błysku w oczach, który pojawia się, kiedy zaczynają mówić o swoich lotniczych przygodach. W jednej chwili wracają emocje, ludzie i miejsca. I niezależnie od tego, czy opowieść dotyczy wydarzeń sprzed pięciu, dwudziestu czy pięćdziesięciu lat, ma się wrażenie, że dla nich to wszystko wydarzyło się niemal wczoraj.
Najpiękniejsi są ludzie
Urszula Bocheńska-Wojda – pilotka, instruktor szybowcowy I klasy i pilot samolotowy II klasy, uczestniczka wielu krajowych i międzynarodowych zawodów szybowcowych kobiet, była członkini kadry narodowej juniorów i szybowcowa mistrzyni Europy w klasie Standard z 1987 roku – mogłaby długo opowiadać o sobie. Tymczasem niemal natychmiast zaczyna opowiadać o innych.
– Z nią musicie porozmawiać – zachęca i wskazuje na jedną z uczestniczek. Za chwilę przyprowadza kolejną osobę. O niemal każdej z pań potrafi powiedzieć coś dobrego – przypomnieć jej osiągnięcia, kunszt, doświadczenie. Z ogromną naturalnością chwali koleżanki, jakby ich sukcesy sprawiały jej co najmniej tyle samo radości co własne. Pytamy ją w końcu, co w lotnictwie jest najpiękniejsze?
– Ludzie – odpowiada z uśmiechem.
Zdecydowanie nie ma w tym przesady.
Zlin, który wymaga
Wzrok przyciąga Joanna Tazbir-Ozga. Ciepły uśmiech, nieco surowe spojrzenie i niezwykły spokój. Jest członkinią Aeroklubu Śląskiego, szefową wyszkolenia lotniczego, uczestniczką krajowych i międzynarodowych zawodów szybowcowych, samolotowych i balonowych, instruktorem samolotowym I klasy i instruktorem balonowym II klasy. O swoim lataniu mówi spokojnie i rzeczowo, bez potrzeby podkreślania własnych osiągnięć.
Pytamy ją, jaki samolot najbardziej przypomina jej własny charakter. Odpowiada, że lubi latać właściwie na wszystkim, ale wybiera Zlina. Trudny i wymagający – podkreśla. Samolot, który oczekuje poprawnego latania, precyzji i dobrej koordynacji.
W tym wyborze jest chyba coś z niej samej. W sposobie bycia, precyzji wypowiedzi i spokoju widać tę samą staranność i dyscyplinę, o której mówi, opisując Zlina. Podkreśla, że zasady obowiązujące w lotnictwie równie dobrze sprawdzają się w życiu: pracowitość, prawdomówność, chęć ciągłego uczenia się, a do tego miłość – do życia i do innych ludzi.
Kiedy pytamy, czego brakuje jej z dawnego lotnictwa, wskazuje przede wszystkim na atmosferę: spotkania, rozmowy i wspólnie spędzany czas, które były naturalną częścią lotniczego życia towarzyskiego – okazją do wymiany doświadczeń między ludźmi, którzy latali i chcieli uczyć się od siebie
A stereotyp, który w lotnictwie najbardziej zasługuje na zmianę?
– Że kobiety się do niego nie nadają – odpowiada bez zastanowienia.
Wystarczy spojrzeć dookoła. Siedemdziesiąt pięć kobiet i dziesiątki niezwykłych lotniczych życiorysów są chyba najlepszą odpowiedzią.
Pazerna na wolność
Jest też Anna Chrząszcz – utytułowana polska lotniczka mająca na koncie ponad 1700 godzin nalotu. W jej rodzinie lotnictwo nie jest pasją jednej osoby. Latają i żyją nim także jej najbliżsi. Zapytana o ukochany szybowiec wskazuje Dianę.
Kiedy opowiada o lataniu, uśmiecha się w sposób, który zdradza więcej niż słowa. Jest w tym uśmiechu miłość, pasja i odrobina zadziorności. Można sobie wyobrazić ją w kabinie szybowca – spokojną i skupioną, a jednocześnie pazerną na wolność w powietrzu. Ma w sobie niezwykłe połączenie pewności siebie i kobiecego ciepła – tej naturalnej serdeczności, która sprawia, że chce się zostać obok niej dłużej i słuchać kolejnych historii. Tęskni za atmosferą lotniska. Za tym, co działo się na starcie, za ludźmi i wspólnie spędzanym czasem.
Pytamy, czego pilotowi nie wypada powiedzieć na głos. – Znowu nie wyszło – odpowiada ze śmiechem.
Ale gdy rozmowa schodzi na to, co naprawdę warto zmienić w lotnictwie, odpowiedź jest już zupełnie poważna. Gdyby mogła rzucić jedno zaklęcie, chciałaby, aby młodzi ludzie jeszcze bardziej korzystali z wiedzy tych, którzy swój fach opanowali po mistrzowsku. Żeby patrzyli, słuchali i nie bali się zadawać nawet tych pytań, które wydają im się głupie.
Mówiąc o kobietach w lotnictwie, wskazuje na umiejętność ich szybkiego myślenia pod presją czasu, przewidywania, wielozadaniowości i sprawnego analizowanie sytuacji. Na koniec pytamy więc ją żartobliwie co każda lotnicza wiedźma powinna umieć wyczarowaćw krytycznej sytuacji?
– Piękne cumulusy i noszenie. Byle nie mniej niż zero – odpowiada z uśmiechem.
Bo kiedy jest termika, można piąć się w górę. A przecież właśnie o to w lataniu chodzi.
I właśnie tak czarują
Jedne latają od dziesięcioleci, inne dopiero zaczynają swoją lotniczą drogę. Jedne mają za sobą tysiące godzin w powietrzu, sportowe sukcesy i dziesiątki lat doświadczeń. Inne dopiero piszą swoją historię. Na sabatowym zlocie nie ma to większego znaczenia. Są razem. Rozmawiają, śmieją się, wspominają. Jedna historia wywołuje następną. Wspólne pozostaje jedno – kiedy rozmowa schodzi na latanie, oczy zaczynają błyszczeć dokładnie tak samo.
I chyba właśnie na tym polega prawdziwy czar Aerosabatu. Na spotkaniu kobiet, które dzielą pokolenia, a łączy ta sama miłość do powietrza. Na przyjaźniach, które przetrwały dziesięciolecia. Na rodzinach, w których pasja do latania przechodzi z rodziców na dzieci. Na ogromnej wiedzy i doświadczeniu przekazywanym czasem w poważnej rozmowie, a czasem przy ognisku, między jednym wspomnieniem a drugim. I wreszcie na nich samych. Na tych wszystkich pięknych kobietach, które przez lata latały, uczyły innych, startowały w zawodach, zdobywały medale, wychowywały dzieci, pracowały i wciąż wracały na lotniska, nie pozwalając, by codzienność odebrała im to, co kochają. Każda poszła własną drogą, ale żadna tak naprawdę nie rozstała się z lotnictwem.
Patrząc na nie razem, łatwo zrozumieć, dlaczego sześćdziesiąt lat temu ktoś nazwał je Czarownicami. Bo rzeczywiście rzucają urok. Wystarczy z nimi chwilę porozmawiać, posłuchać ich historii i zobaczyć ten błysk w oczach, żeby później długo nie móc o nich zapomnieć.




